Od mojego wyjazdu do Gruzji minęło już trochę czasu, dlatego też mogłam dzisiaj spisać te rzeczy, które najbardziej zapamiętałam z tego pięknego kraju. Oczywiście, jest to moje subiektywne spojrzenie. Baa, myślę, że spokojnie mogłabym napisać o innych rzeczach, jednak o tych przykrych.  Tak czy siak – zapraszam do lektury!

Marszrutki

Najpopularniejszy sposób transportu w Gruzji to marszrutki, czyli minibusy. Na początku było zabawnie, kiedy to przemieszczałam się z miasta do miasta. Hej ho przygodo i takie tam. Jednak po dwóch czy tam trzech jazdach więcej już nie chciałam, a musiałam. Nie, żebym to była oh i ah wygodnicka, o nie. Jednak jazda marszrutkami ma swoje minusy, między innymi:

  • spędzasz cały dzień w trasie – nie wiem czy tylko ja miałam pecha, czy tak zawsze jest. W przewodnikach piszą, że z punktu A do punktu B jazda w sumie trwa 3 godziny, a ja jadę 7, bo pełno postojów, bo tutaj nagle benzyny zabraknie  i nie wiadomo czy samochód dalej pojedzie  (tak, miałam takie akcje)…
  •  jazda bez klimy w prawie 40 stopniach potrafi być męcząca, szczególnie, jeśli starsza pani, która siedzi przy oknie stwierdzi, że lepiej jednak jest zamknąć okno całkowicie, bo wieje.

„Kultura” na drodze

Trąb ile wlezie, wtedy możesz wszystko. Nie patrz na światła na skrzyżowaniach, bo po co. Masz klakson, jesteś bogiem. To takie małe podsumowanie tego, co się dzieje na ulicach. Widok przejeżdżającego auta na dwupasmowym rondzie w Tbilisi po linii prostej, z nieprzerwanie trąbiącym klaksonem jest niezapomniany 😉 Taka mała rada-  będąc w Gruzji uważaj na zebrze, przejście dla pieszych jest tylko ozdobą.

Jedzenie

Na początku bardzo ciekawe, szczególnie chinkali. Jednak po dwóch dniach nie mogłam wcisnąć w siebie już więcej gruzińskich pierogów. O chaczapuri nie wspomnę. Za to owoce, pomidory – o matko! Malinówki jak z polskiej działki, za kilkadziesiąt groszy za sztukę. Winogrona – małe, słodkie, „brzydkie”, bez pryskania. No i arbuzy – słodkie i soczyste. Owoce i warzywa wynagradzały gruzińską kuchnię 😉 No i bakłażan z pastą orzechowo – czosnkową (badridżani). Pycha!

Ludzie

Gruzini.. gościnni aż do porzygu, szczególnie zapamiętam tych prawdziwych Swanów (ale to niestety za długa historia;)). Gruzini są skromni, pomocni. Przed wyjazdem nasłuchałam się tego, jak to dla Polaków są mili, a bo Lech Kaczyński. Jeden tylko coś o nim wspomniał ;).

Zwierzęta

Jeśli chodzi o zwierzęta w Gruzji, to mam ambiwalentne wspomnienia. Z jednej strony nie potrafiłam przejść obojętnie obok bezdomnego, chudego psa (a było ich mnóstwo), a z drugiej strony robiło mi się ciepło na sercu patrząc na konie, krowy czy świnie, które nie były zamknięte, a biegały sobie gdzie chciały. Wcześniej nigdy nie widziałam koni, które latały sobie po górskich terenach, ot tak same.  Na prawdę wyczuć można było szczęście od nich. Podobnie z krowami czy świniami. A wracająć do tematu o psach, to już przed wyjazdem wyczytałam, że Gruzja ma problem z bezdomnymi psami. Niektóre były tak wychudzone, u niektórych widać było to, że się poddały. Niestety, jako osoba bardzo wrażliwa i empatyczna, jeśli chodzi o zwierzęta, nie potrafiłam przejść obojętnie obok takiego psiaka. Nie wiem czy zamieszczać nieostre zdjęcie, ale niech będzie…